🎨 Dziecko Tu Jest Twoja Parafia
Świętowali jubileusz na festynie parafialnym Ksiądz Zbigniew Samociak powraca do Gorzowa! Tłumy na koncercie zespołu ,,Nowonarodzeni" Wzięli udział w spotkaniach trzeźwościowych To miejsce nie jest nastawione na zysk Znane są szczegóły pogrzebu ks. prał. Andrzeja Szkudlarka Obecność oblatów jest tu bardzo potrzebna Tłumy na uroczystej procesji Bożego Ciała 26. rocznica
Trzymanie tego miejsca, co wywołało nasz sprzeciw. Bardzo często dostaję wiadomości, a potem wasze do waszego domu przyjdzie ktoś, zakochaniu się również do kolejnych spotkaniach nie szykuj swojego dziecka krzywdzące. Dopóki jest dobrym tonie jest gotowe na czas i oddzielono na czas pozostaje na zawsze dobrze.
zadzwoń albo wyślij e-mail do wybranego kuratora oświaty, zadzwoń do MEN na numer 22 34 74 361 — konsultanci MEN są dostępni w dni robocze, od poniedziałku do piątku, od 8:15 do 16:15, wyślij e-mail do MEN na adres wypoczynek@men.gov.pl. Jeśli wszystko jest w porządku — możesz wysłać dziecko na kolonię albo obóz.
W 77 Tygodniu Miłosierdzia (11-17 kwietnia 2021), zapraszamy do rodzinnej modlitwy Koronką do Bożego Miłosierdzia. W zgłębianiu prawdy o Przebaczającej Miłości Pana Boga, niech nam pomagają: „Rozważania o Miłosierdziu Bożym i ludzkim”, z modlitewnika „Wielbijmy Boga w Jego Miłosierdziu” wydanym w 1960
Rodzice powinni uszanować to powołanie i ułatwić dzieciom odpowiedź na nie. Trzeba uzmysłowić sobie, że pierwszym powołaniem chrześcijanina jest pójście za Jezusem : "Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien" (Mt 10, 37).
Chamskie dowcipy, Dobre dowcipy, Dowcipy i Kawały, Śmieszne teksty, Śmieszne Żarty. Ładowanie Przewijaj obrazki palcem w lewo. Mąż wraca późno do domu. Żona leży już w łóżku, więc mąż szybko się rozbiera i przytula się do niej. A żona:
Poznań: Zmarło 5-letnie dziecko dźgnięte nożem na przedszkolnej wyciecze. Lekarzom nie udało się uratować życia 5-letniego chłopca, który w środowe przedpołudnie, z nieznanych przyczyn, został zaatakowany nożem na poznańskim Łazarzu. Przedszkolaka zranił 71-letni, nienotowany wcześniej przez policję, mężczyzna.
Ksiądz - waląc pięścią w konfesjonał: Pamiętaj, tu jest twoja parafia! Tu jest twój ksiądz! Twoja kara będzie polegała na tym, że wrócisz na Ziemię
W maju 1927 r. został mianowany proboszczem parafii Budsław w dekanacie wilejskim. Była to duża parafia przygraniczna (ok. 6 000 wiernych) z pięknym pobernardyńskim kościołem i słynącym łaskami wizerunkiem Matki Boskiej. Założył tu Towarzystwo Rozkrzewiania Wiary i Stowarzyszenie Misji Wewnętrznych.
Tylko w taki sposób nabierze doświadczenia i pozna co dla niego jest dobre, a co złe. Jeśli Wasze małżeństwo się rozleci, dziecko nie będzie zaszokowane. Dawać mu tyle pieniędzy, ile zechce ! Niech nie musi ich zarabiać. Byłoby rzeczą tragiczną, gdyby musiało się tak męczyć, jak wy kiedyś.
a) dziecko jest ochrzczone i czynnie należy do wspólnoty Kościoła katolickiego. W przypadku, gdy dziecko nie jest jeszcze ochrzczone, należy udzielić mu tego sakramentu po uprzednim przygotowaniu, b) wiara w obecność Pana Jezusa w Komunii Świętej, c) osobiste pragnienie przyjmowania Pana Jezusa w Komunii Świętej,
– Pamiętaj, tu jest Twoja parafia! Udostępnij Zobacz . 49 9. W przedziale pociągu jadą: dziewczyna, chłopak oraz ksiądz i skracają sobie podróż
Nn9B. Chcę zostać chrzestnym albo rozpocząć przygotowanie do ślubu. Od dawna jednak nie mieszkam w domu rodzinnym. Gdzie iść? Jak znaleźć swoją parafię?Co to jest parafia?Parafia to przede wszystkim wspólnota. Kościół jest wspólnotą ludzi w Chrystusie. Nasze życie wiary nie jest życiem wolnych elektronów, ale odbywa się we wspólnocie. Jest oczywiście indywidualne, ale nie indywidualistyczne. Nikt nie idzie tą drogą sam, ale zawsze wraz z innymi. Stąd parafia, czyli określona ludzka wspólnota, do której należymy i w której przeżywamy swoją relację z Chrystusem, który nas także:Pomysłowy proboszcz pustą świątynię zapełnił ikonami od parafian. To okna do świata nadprzyrodzonegoJaka parafia?Wspólnota parafialna to najczęściej po prostu wspólnota ludzi zamieszkujących konkretne terytorium. Wioskę, dwa czy trzy miejskie osiedla, kwartał ulic. Są to tak zwane parafie terytorialne i tych jest zdecydowanie najwięcej. Zdarzają się również parafie personalne, czyli utworzone dla jakiejś specyficznej grupy wymagającej osobnego duszpasterstwa. Na przykład ze względu na język, jakim się posługują jej członkowie. To przypadek tak zwanych „polskich parafii” za granicą, na przykład w jest moja parafia?Przynależność do parafii personalnej jest w pewnym sensie deklaratywna. Należą do niej i uczestniczą w jej życiu ci, którzy chcą. Natomiast w większości przypadków – czyli w parafiach terytorialnych – wynika po prostu z faktu zamieszkania w danym miejscu. Prawo kanoniczne wyróżnia dwa rodzaje zamieszkania: stałe i zamieszkaniu stałym mówimy wtedy, gdy wprowadzam się gdzieś z zamiarem pozostania na stałe lub wprowadziłem się bez takiego zamiaru, ale od tego momentu minęło już pełnych pięć lat, a ja nadal tam mieszkam. O tymczasowym wtedy, gdy zamierzam w danym miejscu pozostać przynajmniej przez trzy miesiące lub gdy moja obecność tam faktycznie tyle już trwa. Zarówno przez zamieszkanie stałe jak i tymczasowe zyskuje się przynależność do z tego, że można należeć jednocześnie do dwóch parafii. Na przykład w sytuacji, gdy posiadając stałe miejsce zamieszkania wyjeżdżam na przykład na roczny kontrakt, albo na studia. Mam wtedy parafię swojego stałego zamieszkania, a jednocześnie parafię pobytu co dwa miesiące lub częściej mieszkam w nowym miejscu, ale gdzieś tam czeka na mnie chwilowo porzucony dom, to prawo kanoniczne będzie traktować mnie jako podróżnego. W takim wypadku moja parafia czeka na mnie razem z moim stałym jestem tułaczem, czyli kimś kto nie posiada stałego miejsca zamieszkania i nie nabył jeszcze statusu przybysza, czyli mieszkańca tymczasowego, to moja parafia i proboszcz są tam, gdzie akurat się duszpasterstwa i obiady u teściówMoże się jednak zdarzyć, że z naszą parafią – stałą lub tymczasową – mamy niewiele wspólnego. Powody mogą być różne – od nałogowego churchingu zaczynając, a kończąc na przynależności do jakiegoś specyficznego duszpasterstwa (choćby akademickiego), czy wspólnoty działających przy innym na niedzielną Eucharystię w parafii teściów, których odwiedzamy co weekend mieści się gdzieś pośrodku. Nieuchronnie powstaje tu pewne napięcie. Bo z jednej strony jest wspólnota parafialna, której jestem częścią, a z drugiej jakaś inna wspólnota, w której z tych czy innych względów faktycznie funkcjonuję. Jak to rozwiązać, aby syty był i proboszcz (często niesłusznie postrzegany jako srogi wilk) i wierna (choć brykająca na boki) owieczka?Dać się poznaćPo prostu. Twój proboszcz ma obowiązek – nałożony na niego przez prawo kanoniczne – znać swoich parafian. Ta duszpasterska znajomość jest podstawą rozstrzygania wielu spraw w parafialnej kancelarii. Najlepiej więc dać mu się przy okazji dorocznego nalotu kolędowego, który trwa zazwyczaj siedem do dwunastu minut. Jest tyle innych lepszych momentów. By usiąść, porozmawiać, coś o sobie powiedzieć, a przy okazji poznać tego konkretnego księdza, który jest za ciebie odpowiedzialny nie tylko przed biskupem, ale przez samym Jezusem. Niechcący może się okazać, że masz ze swoją parafią więcej wspólnego niż byłbyś gotów także:Najzabawniejsze teksty z ogłoszeń parafialnych – z której strony chrzci się dzieci?
21 WRZEŚNIA 2018 Piątek XXIV tygodnia okresu zwykłego Święto świętego Mateusza, apostoła i ewangelisty Dzisiejsze czytania (Ef 4, 1-7. 11-13) Bracia: Zachęcam was ja, więzień w Panu, abyście postępowali w sposób godny powołania, jakim zostaliście wezwani, z całą pokorą i cichością, z cierpliwością, znosząc siebie nawzajem w miłości. Usiłujcie zachować jedność Ducha dzięki więzi, jaką jest pokój. Jedno jest Ciało i jeden Duch, bo też zostaliście wezwani w jednej nadziei, jaką daje wasze powołanie. Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który jest i działa ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich. Każdemu z nas została dana łaska według miary daru Chrystusowego. I On ustanowił jednych apostołami, innych prorokami, innych ewangelistami, innych pasterzami i nauczycielami dla przysposobienia świętych do wykonywania posługi, celem budowania Ciała Chrystusowego, aż dojdziemy wszyscy razem do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa. (Ps 19, 2-3. 4-5) REFREN: Po całej ziemi ich głos się rozchodzi Niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego obwieszcza nieboskłon. Dzień opowiada dniowi, noc nocy przekazuje wiadomość. Nie są to słowa ani nie jest to mowa, których by dźwięku nie usłyszano; Ich głos się rozchodzi po całej ziemi, ich słowa aż po krańce ziemi. Aklamacja Ciebie, Boże, chwalimy, Ciebie, Panie, wysławiamy, Ciebie wychwala przesławny chór Apostołów. (Mt 9, 9-13) Odchodząc z Kafarnaum Jezus ujrzał człowieka siedzącego w komorze celnej, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: „Pójdź za Mną”. On wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to faryzeusze, mówili do Jego uczniów: „Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?” On, usłyszawszy to, rzekł: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary”. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.
Stephen Crosby Ludzie, którzy wyznają, że Biblia jest ich „jedynym przewodnikiem w sprawach wiary i praktyki” często mają całkiem niezłe stado niebiblijnych świętych krów, wypasających się na ich teologicznych ranczach. Jedną z największych duchowych krów zagracających umysły większości ewangelicznych jest : „Szkółka niedzielna, służba wśród dzieci i młodzieży”. Zbliż się tylko do tej świętej krowy z benzyną i zapałkami, a wywołasz konkretną reakcję! Gwarantowane! Jaki jest biblijny mandat na to, że „kościół”, ta „organizacja”, ma dostarczać służby dla dzieci i młodzieży? Oczywiście, żaden, nie ma ani jednego wersu w Starym czy Nowym Testamencie. Jest to zwykła tradycja, być może korzystna i bardziej dobroczynna niż inne, lecz mimo wszystko to tylko tradycja. Pismo mówi wyraźnie, że za duchowy rozwój dzieci odpowiedzialni są rodzice a do odpowiedzialności liderów i duchowych ojców i matek należy to, aby przygotowywać rodziców do wykonania ich zadania… Nie chodzi o to, aby dzieci przekazać bezpiecznie w ręce nauczycieli szkółki niedzielnej czy młodzieżowych liderów, bądź, uchowaj Boże, rządowej służby społecznej. No tak, Steve, czy mówisz, że wykonywanie dziecięcej/ młodzieżowej służby jest biblijne zabronione? NIE! Milczenie niekoniecznie oznacza zakaz, lecz milczenie Biblii każe nam postępować z uwagą. Istotą jest to, w jaki sposób służba dziecięca jest sprawowana, jakie są przekazywane priorytety. Jeśli coś, co jest dopuszczalne w ramach chrześcijańskiej wolności (udzielenie autorytetu służbie dzieciom i młodzieży) staje się zasadniczym czynnikiem, według którego uważamy coś za „uprawniony sposób wyrażania się” chrześcijaństwa, przekroczyliśmy granicę zwiedzenia. Jeśli motywacja moich decyzji zamiast opierać się na biblijnych wartościach, opiera się socjalnych czy kulturowych, znajduję się w bardzo złym choć powszechnym stanie. Kiedy te „potrzeby uspołecznienia” naszych dzieci i dorosłych stają się głównym priorytetem w podejmowaniu duchowych decyzji, zawodzimy Jezusa, mijamy się z królestwem, podkopujemy nasze rodziny, zwodzimy samych siebie. Jeśli służba dzieci umożliwia zwolnienie z rodzicielstwa, to stanowi to poważny błąd w naszej wierze i praktyce. Ostatni tradycyjny kościół, w którym byłem pastorem, miał całkiem wysokie mniemanie o sobie. W mieście była taka opinia, że jest to „kochający się” kościół. Niemniej, ta miłość nie obejmowała jednej pary, która prowadziła przez ponad 7 lat bez przerwy i bez żadnego istotnego wsparcia „służbę wśród dzieci”. Oboje przez cały ten czas nie bywali na zgromadzeniach, ponieważ „usługiwali naszym dzieciom”. Ludzie traktowali to w taki sposób: „Są obdarowani, niech to robią”. Jakże wygodne dla reszty nas. Wskazałem na to, jak „niemiłujące” było doprowadzanie do wyczerpania jednego małżeństwa (bez względu na ich obdarowanie), aby reszta mogła pobłażać sobie co tydzień czy to intelektualnemu uzależnieniu od nauczania/kazania, czy emocjonalnemu uzależnieniu od „obecności Pana” na tak zwanych uwielbieniach. Postawiłem granicę, mówiąc, że jeśli służba dla naszych dzieci ma iść dalej to każdy ma zaangażować się w szkolenie naszych dzieci oraz pomoc innym w szkoleniu ich dzieci. Mamy być rodziną działających dorosłych, a nie zbiorem infantylnych, duchowych narcyzów. Moim zadaniem, jako przywódcy i wyposażającego było wprowadzanie rodziców do tego, aby szkoliły swoje dzieci, a nie nadzorowania przez instytucję niani surogatki, co kończy się wspomaganiem odrętwiałej duchowej otyłości. Ogłosiłem, że jeśli w ciągu następnych 6-8 tygodniu przemyśleń, rodzice i dziadkowie nie staną na wysokości zadania, aby żyć zgodnie z biblijnym standardem dotyczącym naszych dzieci i dobrowolnie nie wezmą na zmiany usługiwania naszym dzieciom to zamierzam zamknąć niedzielną szkółkę i służbę młodzieżową (która miała już dobrze ponad dziesięć lat pracy). Nie zgodziłem się na to, aby egoizm i obojętność ukrywały się pod maską „miłości”. Tak,.. choć miał to być „kochający” kościół, nie znalazł się nikt. Zamknąłem te służby, co spowodowało stały odpływ ze społeczności, którzy w cudowny sposób zaczęli „czuć prowadzenie” do uczestnictwa w innym kościele. Zarządzony przez Boga exodus osiągnął szczyt, gdy odeszło około 20-30% rodzin. Gdzie odeszła większość z nich? Zgadnijcie – do kościoła, w którym była największa służba młodzieżowa w mieście. Mówi to o czyś, prawda? Życie w posłuszeństwie dla Jezusa i Jego Królestwa wymaga kosztów od ciebie! A był to kościół uważany w społeczności za, niestety, dobrze mający się, „świetnie zapowiadający”, i gotowy, zdaniem niektórych, na to, aby ruszyć „następny poziom”. Było tam małżeństwo, byłych starszych. Przyszli do mnie do biura, zawiśli nad moim biurkiem i z czerwonymi twarzami, w furii wykrzyczeli: Nie będziemy pracować z naszymi dziećmi i nie jesteś w stanie nas zmusić do pracy z naszymi dziećmi, za to płacimy tobie! Przychodzimy do kościoła, aby pozbyć się naszych dzieci! To było typowe dla „kochających ludzi” w tym zgromadzeniu. Jakkolwiek jest to smutne, ta para pokazała prawdę, którą mieli w sercu oni i to zgromadzenie. Wielu rodziców uważa służbę dziecięcą za coś trochę więcej niż sponsorowanym przez kościół baby-sitting, dzięki czemu rodzice mają kilka chwil spokoju i ciszy „za darmo”. Jeśli potrzebny ci jest kościół po to, aby mieć chwilę spokoju i ciszy dla siebie to masz rodzicielskie problemy, a nie „potrzebę kościoła”. Jeśli twoich dzieci nie da się kontrolować to nie dzieci są problemem, lecz ty. Znam sporo ludzi, którzy nie lubią tego miejsca, gdzie chodzą, nie zgadzają się z zasadami ustanowionymi przez przywództwo, nie są pobudzani, czują się ogłuszeni i martwi na swej drodze z Panem, a jednak trzymają się tego, podtrzymując działanie swoimi ofiarami tylko i wyłącznie dlatego, że „nasze dzieci mają tam przyjaciół”. Towarzyskie potrzeby naszych dzieci nigdy nie powinny decydować o naszych postępach na drodze do celów Chrystusa. Nieustanie słyszę te same biadolenie z ust ludzi rozczarowanych zorganizowaną i instytucjonalną religią chrześcijańską, a jest to stwierdzenie: „Jeśli odejdziemy to co zrobimy z naszymi dziećmi?” „Organiczny” czy nietradycyjny sposób działania kościoła może iść bardzo na rękę dzieciom i ich potrzebom. Trzeba zdecydować, że faktycznie jestem rodzicem i pokazać twórczą inicjatywę. Oto kilka praktycznych pomysłów: 1. Weź telefon! Łał! Co za radykalna myśl – inicjatywa i osobiste zaangażowanie! Zadzwoń do kogoś, kto ma podobną sytuację rodzinną do twojej i uzgodnijcie jakieś działania w cotygodniowym planie. Tak, zamiast oczekiwać, że „kościół” zrobi to, choćby nawet logistyczne rozwiązania, zróbcie to sami! Da się zrobić. Twoje dzieci nie muszą cierpieć na brak uspołecznienia, a jedynym tego powodem jest twój egoizm i brak osobistej dyscypliny. Jeśli twoim dzieciom brak socjalizacji to nie jest tak dlatego, że „nie ma szkółki niedzielnej”. Jest tak dlatego, że zawodzisz jako rodzic. 2. Zaplanujcie w regularnych odstępach czasu takie spotkania i zgromadzenia, które będą przyjazne dla dzieci i specyficzne dla nich. Każde spotkanie nie musi „napychać duchowo” i zaspokajać waszą potrzebę „brzęczenia dla Jezusa” w czasie usługi uwielbienia. Nie dałoby się zrobić kilku takich spotkań, kiedy to nie wy i wasze potrzeby są w centrum uwagi, na rzecz prawdziwego zainwestowania w dzieci wasze i innych? To da się zrobić. Nie jest to trudne. To kwestiach chęci. 3. Wychowuj swoje dzieci tak, aby same kontrolowały siebie przez 2 godziny. Tak, to da się zrobić – bez zamieniania tych dzieci w roboty i bez prowadzenia autorytatywnego gułagu, udającego rodzinę! Miałem kiedyś przywilej bycia w środowisku „organicznego-domowego-kościoła”, gdzie było obecnych ponad 20 dzieci (to był ogromny dom) w wieku między 3-17. Każde z nich siedziało cicho, zaangażowane i bardzo dobrze się zachowywało (bez najmniejszej interwencji ze strony rodziców). NIE MIAŁO MIEJSCA AUTORYTARNE WYMUSZENIE. Byłem też w atmosferze, gdzie panowała „uległość” a dzieci były małymi zombi. Nie znoszę tego, jest to gaszenie dziecięcej duszy w imię „właściwego zachowania”. Wiem, jaka jest różnica. Te dzieci i młodzież, każde jedno z nich, dosłownie promieniowały Duchem Bożym. Nigdy nie zapomnę tego przeżycia. Po zakończeniu mojej części, podeszło do mnie dziecko nie starsze niż 7 lat, zdecydowanie potrząsnęło mi ręką i, z szacunkiem i przekonaniem, którego brakuje wielu dorosłym, powiedziało: „Dr Crosby, dziękuję, że przyjechałeś do nas, aby nam usłużyć, naprawdę podobało mi się przesłanie”, po czym pokazało mi notatki i obrazki, które rysowało w czasie nauczania. Obrazkami zapisywało to, co mówiłem! Tak, proszę państwa, nie jest to ani idealizm, ani teoria. Nie była to jakaś nadrzędna rasa obcych z doskonałego świata w galaktyce Glarnak! Byli całkiem ludzcy. Byli zwykłą społecznością, która poważnie traktuje rodzicielstwo, na które patrzy z międzypokoleniowej perspektywy. Ci ludzie rozumieli, że wspólne zgromadzenia są jedną sceną, na której pojawi się owoc szkolenia ich dzieci, a niekoniecznie miejscem, gdzie to się robi! Jesteśmy śmieszni. Bierzemy całe to pustosłowie idei, że Duch Święty spowoduje przebudzenie i zdobędzie nasze miasta i to wszystko, lecz jakoś nie możemy uchwycić tego, że Duch Święty może zrobić z nas skutecznych rodziców czy doprowadzić do pełnej samokontroli naszych dzieci przez 2 godziny. Duchowy wzrost zawsze zaczyna się o szczerej samooceny. Zawsze jest nadzieja, zasoby, źródło, łaska i życie dla tych, którzy spojrzą w lustro Chrystusa i powiedzą sami sobie, jak to z nimi jest. Czy potrzebne ci jest, mówić samemu sobie prawdę o sobie samym? Ja potrzebuję, wiem o tym. Jest to droga do wolności i życia. Niemniej, jeśli chcesz zdecydowanie przylgnąć do bezbożnych kulturalnych wartości systemów, czyniąc sobie wymówki i wymyślając wszystkie powody, czemu nie da się tego zrobić oraz że ktoś innym musi to robić za ciebie, jakże to jesteś ofiarą okoliczności i jak inni po prostu „nie rozumieją jak to jest ciężko”, „nie znają moich dzieci” i tak dalej… wiesz, sami dajemy sobie z tym radę. Otrzymamy też logiczny owoc naszego własnego bałwochwalstwa. ____________________________________________________________________________________ Copyright 2013, Dr Stephen R. Crosby Udziela się zgody na kopiowanie, przekazywanie czy dystrybucję tego artykułu jeśli niniejsza uwaga zostanie zachowana na wszystkich duplikatach, kopiach i linkach referencyjnych. Na druk w celach komercyjnych czy w jakimkolwiek formie przeznaczonej dla mediów należy uzyskać zgodę. Kontakt: stephrcrosby @ Służba utrzymuje się z dobrowolnych ofiar naszych partnerów i tych, którzy wierzą w przesłanie radykalnej łaski w rozumieniu Nowego Przymierza. Jeśli ten artykuł jest błogosławieństwem dla ciebie, przemyśl z modlitwą czy nie zachciałbyś wesprzeć nas przez PayPal. Dziękujemy, niech was Bóg błogosławi..
Doniesienia o ośrodku w Jordanowie wstrząsają. Jednak negatywne komentarze dotyczące wszystkich placówek prowadzonych przez zakony nie służą dobru dzieci. Dom Pomocy Społecznej w Jordanowie, prowadzony przez siostry prezentki, został opisany przez portal Wirtualna Polska. Materiał przeraża. Nawet jeśli tylko część z oskarżeń się potwierdzi, będzie to powodem żalu, wstydu i głębokiego bólu wszystkich tych, którym los osób słabych i zależnych od innych jest bliski. Niedługo po ukazaniu się artykułu przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Prezentek s. Anna Telus wydała oświadczenie, w którym czytamy „Zależy mi na jak najszybszym, rzetelnym i pełnym wyjaśnieniu tej sprawy, deklaruję gotowość współpracy z państwowym wymiarem sprawiedliwości i innymi kompetentnymi instytucjami, aby ustalić fakty i dojść do prawdy”. Rada Generalna Zgromadzenia Sióstr Prezentek podjęła też decyzję o odstąpieniu od prowadzenia DPS-u w Jordanowie. Sam budynek zostanie użyczony, tak aby dalej mogli w nim przebywać dotychczasowi podopieczni. Prokuratura Rejonowa w Suchej Beskidzkiej prowadzi śledztwo w sprawie znęcania się pracowników nad podopiecznymi. Dwie zakonnice z ośrodka usłyszały zarzuty: jedna znęcania się, druga utrudniania śledztwa. Jeśli zarzuty się potwierdzą, sprawa jest jasna: winni muszą zostać ukarani, a podopieczni otoczeni wsparciem. Należy też zastanowić się, jak do kolejnych karygodnych sytuacji w przyszłości nie dopuszczać. Tymczasem jednak po artykule rozpoczęła się nie tyle burza medialna, ile raczej zapanowała histeria wokół DPS-ów prowadzonych przez wszystkie zgromadzenia zakonne. Dotyczy to również tych placówek, które działają wręcz wzorcowo, a ich funkcjonowanie jest modelowe – łączące profesjonalizm z miłością do podopiecznych. Środowiska antykościelne atakują w ciemno. Niestety do bezpodstawnej krytyki przystępują niektóre kręgi związane z Kościołem, a także z rodzinami osób niepełnosprawnych. Według części dyskutujących DPS-y, niezależnie od sposobu funkcjonowania i organu prowadzącego, to zło z definicji. Należałoby je więc – i to jak najszybciej – zamknąć. Czy to naprawdę lek na całe systemowe zło? I czy pomoże to dzieciom? Ciężko tak pracować... Po doniesieniach medialnych o Jordanowie wiele sióstr zakonnych, pracujących w ośrodkach wspierających dzieci i młodzież w całym kraju, doznało szoku. Najpierw – z powodu opisywanego materiału. Bo ból dzieci boli podwójnie te osoby, które ofiarnie i z miłością z nimi pracują. Kolejny cios nadszedł, gdy przyszło im zmierzyć się z komentarzami na własny temat: mają być nieczułymi, agresywnymi, nawiedzonymi istotami, bez instynktu macierzyńskiego, wykształcenia i elementarnej wrażliwości. Do wielu ośrodków dzwonili dziennikarze z klarowną tezą, wiele ośrodków otrzymało niewybredne listy, siostry spotykały się z różnego rodzaju inwektywami. W efekcie trudno się dziwić, że siostry postanowiły milczeć w mediach. Są po prostu zmęczone i zaskoczone „efektem Jordanowa”. Niektóre jednak zabrały głos, chociażby na swoich profilach społecznościowych. Oto wpis s. Reginy Krzesz z Broniszewic: „Kiedy niespodziewanie, wręcz z dnia na dzień, wtłaczają cię w krąg współwinnych krzywd na niewinnych i bezbronnych. Kiedy dowiadujesz się, że ty i twoje towarzyszki nie jesteście odpowiednio wykwalifikowane i przygotowane do prowadzenia profesjonalnego domu dla dzieci z niepełnosprawnościami, bo jesteście zakonnicami. Kiedy po burzy medialnej o Jordanowie czytasz diagnozy księży – ekspertów o zatrzymaniu w czasie, o więzienniczym systemie resocjalizacyjnym utrzymywanym w placówkach prowadzonych przez zakonnice jako przyczynach przemocy i krzywdzenia bezbronnych. A ty i twoi współpracownicy robicie co tylko jest możliwe, żeby taki właśnie stereotyp bezpowrotnie obalić. Kiedy domy takie jak twój uznano za niedostatecznie transparentne i pozostawione bez jakiegokolwiek dozoru. (...) Kiedy uświadamiają ci, że nie jesteś właściwą osobą, by zająć się opieką nad dzieckiem porzuconym przez dosłownie wszystkich, bo podobno nie masz ani doświadczeń macierzyńskich, ani rodzinnych. Bo jesteś zakonnicą”. Na oślep Niewątpliwie deinstytucjonalizacja ośrodków opiekujących się osobami niepełnosprawnymi jest koniecznością i przyszłością. Jednak działania medialno-rewolucyjne w niczym tu nie pomagają. Wiele z postulowanych rozwiązań najczęściej jest zresztą już wprowadzanych w zakonnych instytucjach. To siostry zakonne mają w swych ośrodkach systemy „rodzinkowe”, to siostry tworzą przy ośrodkach dla dzieci bezpieczne miejsca, w których podopieczni mogą mieszkać, gdy osiągną pełnoletniość. Zmartwychwstanki z Mocarzewa budują dom dla dorosłych podopiecznych. Benedyktynki misjonarki z Ełku wybudowały natomiast Farmę św. Józefa, gdzie wspólnie z siostrami w swoim pięknym domu mieszkają i pracują dorośli wychowankowie niepełnosprawni intelektualnie. – Od tamtego tekstu, czy raczej wybuchu złych komentarzy, niektórzy rodzice naszych dzieci dzwonią, zjawiają się nagle w ośrodku i z przerażeniem w oczach sprawdzają, czy dziecko jest „całe” – opowiada zakonnica z jednego z DPS-ów (prosi o anonimowość, bo boi się nagonki). – Musimy więc rodziców uspokajać i trochę tłumaczyć, że... nie jesteśmy wielbłądami. I że nadal ich dzieci są kochane i otoczone opieką. Siostrom przychodzi też zmierzyć się z nieprawdziwymi zarzutami o braku kontroli w placówkach. Kontrole we wszystkich DPS-ach są regularne ze strony wielu instytucji. W większości ośrodków jest także monitoring wewnętrzny. Oczywiście, ważne, by nadzór był rzetelny. Ostatecznie DPS w Jordanowie też był kontrolowany. O siostrach można przeczytać również na portalach społecznościowych, że nie mają wykształcenia, a więc i profesjonalnego przygotowania. Jaka jest prawda? Przykład pierwszy z brzegu z DPS-u w Ełku: na siedem pracujących sióstr zakonnych wszystkie mają wykształcenie wyższe, w tym dwie są psychologami, jedna ma doktorat, jest wśród nich pracownik socjalny, pedagog specjalny i magister pielęgniarstwa. I to raczej standard, a nie wyjątek. Podobno też „wszędzie nadużywa się przymusu bezpośredniego”, czyli czasowej konieczności przytrzymania pacjenta w celu uspokojenia lub podania leków. – U nas to po prostu nierealne – mówi zakonnica z ośrodka w Wielkopolsce. – Aby w ogóle zastosować przymus bezpośredni, wszystkie działania muszą być protokołowane (w Jordanowie najprawdopodobniej nie były – przyp. Decyzję podejmuje pielęgniarka lub lekarz, a na dokumencie podpisuje się też lekarz wojewódzki ze specjalnością psychiatrii. Unieruchomienie czasowe jest ostatecznością, gdy wszystkie inne działania nie są skuteczne. Obecnie stosowane jest bardzo rzadko. W moim ośrodku miało to miejsce półtora roku temu. Na co dzień nie ma takiej potrzeby, bo istnieje cała gama dobrych leków, plus stosowana jest właściwa opieka. Siostra dodaje, że nawet dzieci, które mają tendencje do samookaleczeń, obecnie zazwyczaj nie potrzebują siłowych rozwiązań. Dostępne są na przykład specjalne kołderki, które uniemożliwiają dziecku destrukcyjne działania. Nie stosuje się też „łóżek – klatek”, które widać na zdjęciach z Jordanowa, bo nawet bardzo cierpiące, agresywne dzieci można zabezpieczyć w inny, godny sposób. Spokój koniecznie potrzebny Na „efekt Jordanowa” nie zgadza się także wiele rodzin wychowujących niepełnosprawne dzieci. Ludmiła Puzanowska z Wrocławia jest poruszona uogólnianiem i przenoszeniem negatywnej oceny na inne DPS-y prowadzone przez siostry zakonne. Według niej większość z nich działa wzorcowo. Sama jest mamą zastępczą Beatki. Wraz z mężem przyjęła dziewczynkę ze szpitala, gdy ta miała półtora roku. Dziecko miało chore serce, a jak się potem okazało, również inne trudności rozwojowe. Obecnie Beata ma już ponad dwadzieścia lat. – Beatka wychowywała się z naszymi dziećmi, dla których była i nadal jest siostrą. My też traktujemy ją jak nasze dziecko, choć nie mieszka już z nami – mówi pani Ludmiła. Otrzymała wszystko, co mogliśmy jej dać: opiekę, rehabilitację, wsparcie. W pewnym jednak momencie, gdy zaczęła dorastać, jej niepełnosprawność i związane z nią trudności sprawiły, że nie potrafiliśmy zapewnić jej warunków, w których bezpiecznie mogłaby kontynuować naukę i spędzać wolny czas. Powierzyliśmy córkę Siostrom Franciszkankom Misjonarkom Maryi z Kietrza, gdzie znalazła dom i miłość – opowiada. – Córka jest bezpieczna, szczęśliwa, radosna. Nie potrzebuje leków wyciszających. A siostry dbają o jej zdrowie wszechstronnie, bardzo profesjonalnie. Mamy z Beatką regularny kontakt i jesteśmy przekonani, że ani my, ani nikt inny nie zapewniłby jej takiej opieki. Myślę, że takich historii jest dużo, dużo więcej... Owszem. Są i bardziej dramatyczne – jak choćby taka, gdy mama trójki dzieci, pani Zofia, wpadła w depresję, obwiniając się o stan syna i jego zachowania względem młodszego rodzeństwa. I gdy dopiero po tym, jak przyłapała 13-latka (niepełnosprawność sprzężona i zaburzenia osobowości), jak gonił siostrę z nożem, powiedziała dość. Syn został przyjęty do jednego z ośrodków zakonnych. Po kilkumiesięcznym pobycie funkcjonuje poprawnie, rozwija się w swoim rytmie i na bazie swoich możliwości. – Dziś już wiem, że próbowałam za wszelką cenę „być dzielna” i poświęcać się dla syna. W efekcie zaniedbywałam inne dzieci. Nie wierzyłam lub nie chciałam wierzyć, że ktoś obcy zapewni dziecku lepsze wsparcie niż domowe. Nie oddałabym syna do publicznego „molocha”, do miejsca, w którym mieszka setka dzieci. Jednak tu, gdzie obecnie jest, warunki są dobre, atmosfera przyjazna. Regularnie go odwiedzam i wiem, że podjęłam najlepszą z możliwych decyzję – mówi pani Zofia. Zmiany potrzebne Niewątpliwie opieka nad dziećmi niepełnosprawnymi, cały jej system idealny, delikatnie mówiąc, nie jest. Wielką bolączką jest brak specjalistów neurologów, psychiatrów, ortopedów, kardiologów itd. Kolejki do lekarzy i konieczność wożenia małych pacjentów z miejscowości do miejscowości to zmora rodziców (ale i pracowników DPS-ów). Nie istnieje system opieki wytchnieniowej, system mieszkań chronionych niby od lat powstaje, ale nadal raczkuje. Natomiast tzw. asystenci rodzinni, jeśli posłuchać historii wielu rodzin, są często groteskową fikcją. Trzeba rozmawiać o żenująco niskich zarobkach opiekunów w DPS-ach: bywa, że ta sama wykwalifikowana pielęgniarka w DPS-ie zarabia nawet o tysiąc złotych mniej niż na przykład w szpitalu. Ustawa o pomocy społecznej scedowała finansowanie ośrodków na samorządy, a nie wszystkie są wydolne w tej kwestii. W końcu trzeba mówić, że minimum kwalifikacyjnym opiekunki w DPS-ie jest wykształcenie średnie. Zakonne ośrodki zwykle przyjmują pracowników lepiej wykształconych, gdyż dziury w budżecie łatają zbiórkami pieniężnymi. Warto też poruszać temat braku domów dla dzieci z zaburzeniami psychicznymi. Obecnie ośrodki dla osób z niepełnosprawnością intelektualną muszą przyjmować zarówno dzieci „wysokofunkcjonujące”, jak i z FAS, niepełnosprawnością sprzężoną i silnymi zaburzeniami psychicznymi. Zapewnienie właściwej, indywidualnej opieki wszystkim graniczy z cudem. – Uważam, że sytuacja idealna to taka, w którym dziecko mieszka z mamą i tatą lub w kilkuosobowym ośrodku, otoczone dziesiątką oddanych dochodzących opiekunów, specjalistów, a po osiągnięciu dojrzalszego wieku, jeśli to konieczne, trafia do małych, lecz świetnie wyposażonych placówek. Czy przez najbliższe dziesięciolecia jest to jednak realne? – mówi dyrektorka jednego z DPS-ów na południu Polski. Nie chce podawać publicznie nazwiska. Ma dość ostracyzmu za ciężką pracę.•
Młoda 31-letnia żona i mama sześciu synów, dzieli się na blogu „Manymum” swoją wiarą i życiem rodzinnym. Niedawno podzieliła się swoją refleksją po wyjściu z Mszy św. w sąsiedniej parafii. Jej wpis pojawił się nie tylko na blogu, ale i na jej profilu na Facebooku, wywołując spore poruszenie w komentarzach. O co chodziło? O dzieci w kościele... I brak cierpliwości ze strony społeczeństwa. Młoda mama wyjątkowo udała się na Eucharystię do sąsiedniej parafii z czwórką swoich synów, bo dwójka była na obozie harcerskim. Aby nie przeszkadzać w nowej parafii, usiedli dalej od ołtarza. W ławce obok nich siedział tylko jeden pan. „Jeszcze zanim Msza się zaczęła, Stefan chciał ściągnąć kurtkę. Ściągnęłam mu, powiesiłam na haczyk ławki. Franek zaczął ją dotykać, dwuletni Stefciu powiedział wtedy: „Franek zostaw moja kurtkę”. Zareagowałam od razu, sięgając po kurtkę, aby ją dać w inne miejsce, a w tym czasie pan powiedział do Stefana „ciiii”. W pierwszym momencie nawet pomyślałam, że chce mnie wesprzeć. Jednak dalsza część Mszy pokazała jak bardzo się myliłam. Sześciolatek i ośmiolatek stali cicho koło Marcina. Ja po jednej swojej stronie miałam dwulatka, po drugiej energicznego czterolatka. Nie krzyczeli, nie biegali, nawet nie gadali normalnym tonem” – pisze młoda matka. „Wiercili się trochę, trochę kładli na klęczniku przy ławce (ławki wysokie, przed klęcznikiem drewniana wysoka część, wiec nawet nie byli widoczni). Trochę się przytulali, trochę któryś do mnie chciał na ręce. Potem znów na dół. Generalnie standard. Nie oczekuje od dwulatka i czterolatka idealnie złożonych rączek, bo to nierealne... Szeptem odpowiadam na ciche pytania, których nie ma dużo. Czasami proszę, żeby byli ciszej, czasami biorę na kolana, żeby im pomóc się wyciszyć. Chcemy im pokazywać Eucharystię, chcemy, by wiedzieli, że Pan Bóg ich kocha i zaprasza do siebie” – dodaje. Tym razem jednak kobieta sama była nieustannie spięta, gdy obok słyszała nieustanne syczenie. „Pan syczał i uciszał ich dosłownie piętnaście razy, robiąc chyba większy hałas niż oni. Mam wrażenie, że przeszkadzali mu samym byciem w tym kościele. Na początku próbowałam ich uciszać, do pana miło uśmiechać. Jednak pod koniec Mszy, gdy pan zaczął krzyczeć na Franka (tak, krzyczeć) „bądź wreszcie cicho!”, grzecznie, acz stanowczo, powiedziałam „proszę na niego nie krzyczeć”. Pan cmokał do samego końca, a patrzył na mnie ze świętym oburzeniem. Wyszłam stamtąd ze łzami w oczach” – wyznaje trzydziestolatka. Kobieta od blisko trzynastu lat chodzi do kościoła z małymi dziećmi na Eucharystię. „Nie wyobrażam sobie przez trzynaście lat być tylko na Eucharystii „dla dzieci” lub wymieniać się z mężem, żeby dzieci do kościoła nie brać ze sobą” – pisze na profilu „Manymum”. Kobieta chce dzieciom pokazywać wiarę rodziców i samego Pana Jezusa. „W naszym kraju coraz mniej młodych chodzi do kościoła. Po dzisiejszej sytuacji coraz mniej mnie to dziwi. W sumie czego jako wierzący katolicy oczekujemy od dzieci? Żeby zniknęły? Czy żeby zamienili się nagle w dorosłych? Czy chcemy żeby kolejne pokolenia wierzyły? Czy chcemy im pokazać, że kościół jest także ich domem? Miejscem bezpiecznym, w którym czeka na nich Najlepszy Bóg? Czy chcemy ich jednak odstraszyć, albo zastraszyć? Mam dzieci raczej zdyscyplinowane. Obyte z kościołem. Nie biegające w kółko, nie jedzące w kościele, nie krzyczące (zazwyczaj). A mimo to , i ja i oni, poczuliśmy się na tej Mszy tam niechciani. A przecież dzieci mają różne charaktery, temperamenty oraz różne dni. Czasami gorsze... Czasami płaczą, czasami trudniej je uspokoić (my wtedy wychodzimy na chwile na zewnątrz, ale rozumiem, że takie sytuacje bywają!). Jestem przekonana, że rodzice tych dzieci starają się jak mogą. Nie raz stają na rzęsach, by nie przeszkadzać innych. Czy dla nich naprawdę nie ma miejsca w kościele? Mamy już społeczeństwo, którym dzieci przeszkadzają na każdym kroku. W autobusie, w pociągu, w restauracji, na plaży. Ba, czasami przeszkadzają bawiąc się na własnym podwórku... Czy my, wierzący, też chcemy się ich pozbyć? Czy nam także przeszkadzają? Pamiętajmy, że oni za jakiś czas będą nastolatkami (mój najstarszy na przykład…), a potem dorosłymi. Pytanie czy my swoim postępowaniem nie wyrzucamy ich poza nawias. Nie odrzucamy” – pisze szczerze młoda matka. Przyznaje też, że bywały takie Msze św., na których jej dzieci naprawdę nie dawały się opanować. Wówczas albo ona, albo jej mąż, wychodzili na zmianę z dziećmi na plac kościelny. „W różnych kościołach i w różnych miejscach spotykałam się wtedy z uśmiechami wysyłanymi nieśmiało, z takim delikatnym wsparciem. Czasami po Mszy nawet ktoś podchodził i mówił, że cieszy się z naszej rodziny. Że cieszy się , że chodzimy z dziećmi do kościoła. I to było niesamowite, wspierające, dające siły na kolejne Msze!” – przytacza i takie przykłady mama blogerka. „Dla mnie Eucharystia przeżywana zawsze z małym dzieckiem też jest wymagająca. Staram się uczestniczyć aktywnie, jednocześnie pilnując dzieci, trzymając rękę na pulsie. Prawdziwa wspólnota w tym wspiera…” – uważa prowadząca profil „Manymum”. Pod tym wpisem pojawiło się wiele słów wsparcia i zrozumienia. Pisali również kapłani, którzy zachęcali, aby nie odrzucać dzieci. Niektórzy apelowali do proboszczów, aby jeszcze bardziej wychodzili naprzeciwko maluczkim. Jeden jezuita napisał, że powierza na Mszy św. w Domu Rekolekcyjnym różne, proste zadania dzieciom. To skupia ich uwagę. „Liturgia mszalna jest trudna i dzieciaki bez odpowiedniego prowadzenia nie ogarniają co i po co się dzieje. Bo przecież ich „grzeczne” stanie w kościele nie gwarantuje ich spotkania z Chrystusem” – napisał jezuita. Jezus jasno mówi w Ewangelii, by nie zabraniać dzieciom przychodzić do Niego. Do takich bowiem należy Królestwo Niebieskie. Wiadomo, że jeśli dziecko głośno krzyczy i przeszkadza, warto je wziąć na chwilę na zewnątrz, aby je uspokoić. Jednak nie można wymagać, że będzie stało cały czas na baczność. Jeśli się trochę powierci, cicho pochodzi, ciekawe tego, co dzieje się przed ołtarzem, to nie robi tym nikomu krzywdy. Może warto sobie wtedy przypomnieć słowa Jezusa, że jeśli nie staniemy się jak dzieci, nie wejdziemy do Królestwa Bożego. Małe, podchodzące z zaciekawieniem bliżej ołtarza dziecko, chce być bliżej Pana Jezusa. Serce dziecka czuje to, co niektórzy dorośli być może dawno zatracili podczas „siedzenia w ławkach”. W jednym z komentarzy pod postem na profilu „Manymum”, Marcin Perfuński podzielił się refleksją, którą spisał niegdyś dla portalu Aleteia: „Podczas jednej z Mszy małe dziecko mocno dokazywało. Gdy ks. Maliński rozpoczął kazanie, speszeni rodzice ze wstydem skierowali się w stronę wyjścia, by opuścić kaplicę i nie przeszkadzać innym. Ksiądz przerwał homilię: „Nie wychodźcie. Zostańcie. Niech dziecko poczuje, że kościół to jego miejsce. Tu jest jego dom i tu może być sobą”. To najlepszy opis Kościoła, jaki kiedykolwiek usłyszałem". Tak, bo w kościele, z którego dorośli wyganiają dzieci, niedługo zabraknąć może i dorosłych. Warto mieć to na uwadze. źródło:
dziecko tu jest twoja parafia